Podkarpacki Związek Piłki Nożnej

– W 2026 roku życzę reprezentacji Polski awansu na mistrzostwa świata, klubom z Podkarpacia, by podnosiły swój poziom, a sobie? Zdrowia – mówi Jan Domarski, były wybitny reprezentant Polski, który w 2026 roku skończy 80 lat, ale wciąż jest w bardzo dobrej formie. Gra w tenisa i wciąż działa na rzecz piłki nożnej. – Lubię to bardzo i gdyby tak ktoś nagle przyszedł i zakazał mi tego wszystkiego, zamknął przede mną drzwi, to ciężko byłoby mi to przeżyć.

Fot. Łukasz Pado

Łukasz Pado: Czy w tym roku przyszła już karta świąteczna od Petera Shiltona? Bo krąży taka historia, że od kilkudziesięciu lat regularnie wysyła do Pana właśnie takie kartki…

Jan Domarski: Teraz chyba poczta strajkuje, więc jeszcze nie, ale przed nowym rokiem na pewno będzie. Co roku jest, teraz może są opóźnienia, ale liczę na to, że będzie.

Jak przygotowania do świąt u Domarskich?

Przygotowania idą,  idą pomału, ale do przodu. Choinka jeszcze w garażu stoi nieubrana. Mam jeszcze trochę czasu. Myślę, że do środy zdążę.

A jak u Pana wyglądają same święta?

Tradycyjnie, rodzinnie. Przychodzi do naszego domu najbliższa rodzina. Ja nie gotuję, ale życzenia składam.

Nic w kuchni?

Małżonka sama wszystko przygotowuje. Ja mam zakaz wstępu do kuchni. Bardziej staram się pomóc w sprzątaniu i innych rzeczach, ale z gotowaniem na pewno nic.

Kto z rodziny przychodzi?

Przychodzi syn Rafał z rodziną, żony siostra i moja siostra z rodziną. Ot kilka osób, na pewno się pomieścimy. Zawsze jest miło i wesoło.

Rok 2025 był dobry dla Jana Domarskiego?

W moim wieku nie mogę narzekać. Na pewno chciałoby się, żeby było lepiej, ale lepiej już nie będzie. Ważne, żeby nie było gorzej.

Na pewno jednym z większych wydarzeń było powstanie książki „Jan Domarski. Piłkarz ze Stali”. Podobała się?

Na początku byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tego pomysłu. Nie chciałem, żeby ktoś pisał o mnie książkę, ale w końcu uległem. Byłem na promocji książki Mirka Bulzackiego i ten sam autor (Zbigniew Pawłowski – przyp.) namówił mnie do tego. Od razu mu powiedziałem „Jeżeli chcesz, to pisz, ale ja ci nic nie powiem”. Oczywiście wiele rzeczy mu powiedziałem, ale w pewnych tematach nie chciałem wchodzić w szczegóły. Może jeszcze kiedyś będzie okazja powiedzieć więcej.

Chodzi panu o te zakulisowe sprawy? Sprawy szatni? Bo w książce mamy mnóstwo faktów z życia…

Nie chciałem mówić wiele o pewnych sprawach, bo potem jeden się cieszy, a drugi jest załamany, że ktoś coś powiedział, tak czy tak. W prywatnych rozmowach można opowiadać pewne historie, ale publikować nie zawsze jest wskazane. To nie w moim stylu.

Dzięki tej książce możemy jednak poznać prawdziwą historię Jana Domarskiego?

Historię tak. Przeszedłem przez wszystkie szczeble kariery klubowej i reprezentacyjnej. Jest co wspominać i czym się pochwalić. Można było, może osiągnąć więcej, ale jestem zadowolony z tego co mi się udało osiągnąć.

W trakcie, gdy pisaliście książkę, było wiele rzeczy, które Pan sobie przypomniał?

Cały czas sobie coś przypominałem, kiedy przeglądaliśmy zdjęcia, czy autor dopytywał szczegóły wydarzeń. Miło było sobie powspominać. Można było sobie coś zapomnieć, ale jak się zobaczyło zdjęcie czy przeczytało kogoś nazwisko, to przypominały się różne historie. Każde zdjęcia ma swoją historię. Ale jeszcze lepsze historie przypominały się, kiedy dawniej widywaliśmy się na takich spotkaniach Orłów Górskiego, kiedy przyjeżdżało nas 18 czy 20 i każdy opowiadał, jak widział daną sytuację.

Teraz też miewacie podobne spotkania?

Takich jak kiedyś nie, ale zdarzają się, przy okazji świąt czy jubileuszy, że pojawi się nas czterech czy pięciu. Byliśmy ostatnio w Częstochowie, gdzie wigilię organizowała Skra Częstochowa. Prowadził to Jurek Miedziński, byłem ja, Grzesiu Lato, Leszek Ćmikiewicz, Jurek Krasna, Darek Górski. Była znów okazja do wspomnień.

A na stadionie można Pana jeszcze spotkać?

Tak, ale tylko jako kibica.

A na którym stadionie?

W Rzeszowie jest tylko jeden.

Stal czy Resovia?

Jedno i drugie. Ja wielokrotnie powtarzałem, że jestem człowiekiem z Podkarpacia i w sercu mam wszystkie tutejsze kluby. Jak trzeba, to jestem na meczu w Rzeszowie, ale też w Mielcu czy innym mieście. Podkarpacie jest mi miłe.

Jak Pan ocenia obecny poziom podkarpackich klubów?

Zacznijmy  od tego, że były lata, kiedy w ekstraklasie w naszym regionie mieliśmy pięć drużyn, może nie w jednym czasie, w podobnym okresie, bo była Stal Mielec, Stal Rzeszów, Siarka Tarnobrzeg, Stal Stalowa Wola i Igloopol Dębica. Oprócz tego Resovia i Wisłoka Dębica w drugiej lidze. W tej chwili podkarpacka piłka, po ostatnich niezłych latach, poszła w dół. Sam nie wiem, z czego to się bierze. Martwi mnie, to co dzieje się w Mielcu, który obniżył poziom. Pozytywnie zaskakuje mnie za to Stal Rzeszów, choć tylko jeśli chodzi o ofensywę, bo bardzo ładnie rozgrywają piłkę, ładnie wychodzą na pozycję. Tylko taki zespół, jak obecnie ma Stal Rzeszów, to nie można go osłabiać, trzeba go wzmocnić i wtedy można wymagać. Bierzmy przykład z najlepszych drużyn, które nawet jak wygrywają Ligę Mistrzów, to szukają wzmocnień. Bardzo mi się podoba, to co dzieje się w Stali Rzeszów, ale nie można się poddawać i szukać kolejnych piłkarzy, a słyszy się niestety, że jeden czy drugi chcą odejść, albo nie przedłużą umów.

W 2026 roku skończy pan 80 rok życia, a mimo to wciąż jest Pan w dobrej formie i gdy rozmawiamy, to wrócił Pan przed momentem z tenisa…

Staram się być aktywny. Trzy razy w tygodniu, może nie gram w tenisa, ale odbijam. Mamy taką czwórkę, która spotyka się regularnie, przy okazji trochę sobie pożartujemy i trochę ruchu jest.

Jest Pan też szefem Rady Trenerów Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej, trenerem edukatorem podczas kursów trenerskich, a nawet miałem okazję Pana spotkać na konsultacjach kadr wojewódzkich, gdzie pomagała Pan swojemu synowi Rafałowi, który jest trenerem reprezentacji wojewódzkiej rocznika 2014.

Tak. Pewne obowiązki w Podkarpacki Związku Piłki Nożnej są, jak potrzebna jest pomoc, to się je wykonuje i sprawia mi to przyjemność. Mam blisko 80 lat, ale zawsze byłem przy sporcie, przy piłkarzach, trenerach i trudno to wyrzucić z siebie, przestać z dnia na dzień. Lubię to bardzo i gdyby tak ktoś nagle przyszedł i zakazał mi tego wszystkiego, zamknął przede mną drzwi, to ciężko byłoby mi to przeżyć. Wspaniale było uczestniczyć w tych konsultacjach kadr wojewódzkich. Kiedyś sam prowadziłem takie kadry i wygrywaliśmy z wszystkimi w Polsce. Cieszę się, że mogłem, choć na moment znów poczuć to z bliska.

Co Pan sądzi o tych chłopakach?

Jeśli patrzy się na nich na treningu, wyglądają bardzo fajnie. Dużo umią zrobić z piłką, potrafią grać. Gorzej wychodzi im w meczu. Wydaje mi się, że trochę za mało trenują. Powstało wiele akademii, szkółek. Są tam bardzo dobre warunki, są boiska, ale ta młodzież trenuje dwa, może trzy razy w tygodniu, około półtorej godziny w tygodniu, czasami na skrawku boiska, czy na połówce. To jest problem. Młodzież, żeby osiągnąć poziom, musi trenować więcej, codziennie. Może będę nudny, ale za naszych czasów, to graliśmy w piłkę na każdej przerwie, gdy kończyły się lekcje, szliśmy za szkołę. Rzucało się tornistry, robiło się bramkę i tak z dwie godziny. Potem szło się na obiad do domu i dalej,  graliśmy aż do wieczora. To nie było półtorej godziny, tylko cztery lub pięć dziennie.

Zapytam jeszcze o jedną bliską Pana sercu drużynę. Reprezentacja Polski pojedzie w przyszłym roku na mundial?

Nasza mentalność jest taka, że my już jesteśmy na tych mistrzostwach, już oceniamy naszą grupę na mistrzostwach, ba już wyszliśmy z tej grupy, a uważam, że zarówno Albania, jak i ewentualny drugi przeciwnik – Szwecja czy Ukraina, to bardzo dobre drużyny i nie będzie łatwo z nimi wygrać. Oczywiście chciałbym, że Polska pojechała na mistrzostwa świata, bo to dla sportu, dla piłki, dla Polski, to jest dobra rzeczy, żeby udowadniać, że jeszcze jesteśmy, że istniejemy i umiemy grać w piłkę, że coś znaczymy.

Polce życzymy awansu w 2026 roku, a Panu?

Życzymy Polsce awansu, życzymy żeby rzeszowskie kluby osiągnęły swój najwyższy poziom i spełniały marzenia, związkowi podkarpackiemu, żeby dalej pracował tak dobrze, jak pracuje. A sobie? Zdrowia.