Podkarpacki Związek Piłki Nożnej

Jako bramkarz grał z jednymi z najlepszych na świecie. Dziś jest królem strzelców klasy A i klasy O, prowadzi własną szkółkę, a przede wszystkim czuje się spełniony, bo na boisku nigdy nie odpuszczał. Dawid Pietrzkiewicz, jeden z najlepszych bramkarzy rodem z Podkarpacia, mówi o tym, jak grał w młodzieżówce, ekstraklasie i Azerbejdżanie, gdzie ponoć chcieli go do swojej reprezentacji. Ale też o tym, co robi teraz.

Fot. Konrad Kwolek

ŁUKASZ PADO: Dawid Pietrzkiewicz, kiedyś bardzo dobry bramkarz, który zatrzymał w Sanoku Legię Warszawa, a dziś trener i król strzelców klasy A. A jak ty byś siebie przedstawiłbyś?

DAWID PIETRZKIEWICZ: Chciałbym, żebym był kojarzony z pozycją bramkarza, bo osiągałem na tej pozycji największe swoje sukcesy sportowe i w pewnym stopniu spełniłem swoje marzenia piłkarskie. Miałem okazje grać, z jednymi z najlepszych zawodników na świecie, czy to w jednej drużynie, czy przeciwko.

Wymieńmy ich…

W kadrze młodzieżowej miałem okazję grać z Kamilem Glikiem, Kamilem Grosickim, Robertem Lewandowskim. To piłkarze, którzy zrobili świetne kariery. Oprócz tego było jeszcze kilku innych reprezentantów Polski i nie tylko. A przeciwko to miałem okazje grać na Signal Iduna Park (Stadion Borussi Dortmund) z takimi piłkarzami, jak Aubameyang, Hummels, Łukasz Piszczek, Weidenfeller. Pamiętam też jak graliśmy sparing w Baniku Ostrava, to Roberto Carlos grał przeciwko nam, jako zawodnik Anży Machaczkała. Miałem też okazje zagrać w jednej drużynie w Baniku z Markiem Jankulovskim, który z Milanem wygrywał Ligę Mistrzów. Wspomnień jest bardzo dużo, tak że właśnie z pozycją bramkarza chciałbym być kojarzony, bo spełniałem się w tej roli i jestem szczęśliwy z tego, co osiągnąłem.

No to mamy mocne otwarcie. Więc po kolei. Kadra młodzieżowa i Glik, Grosicki, Lewandowski. Wtedy nie były to jeszcze takie gwiazdy, ale jak ty te czasy wspominasz?

Byliśmy młodymi zawodnikami i piłka otwierała się przed nami i wszystko zależało od nas. Dla mnie to było niesamowite przeżycie, samo powołanie na konsultację czy zgrupowanie. Ja byłem zawodnikiem Stali Sanok, z 3 ligi, jako jeden z nielicznych z takiej ligi. Wszyscy byli drużyn z ekstraklasy, I ligi, Legia Warszawa, Cracovia lub klubów zagranicznych. A ja, wiadomo. Ale nie poddawałem się i walczyłem o swoje marzenia i myślę, że tym się wyróżniałem. Zawsze od małego też śledziłem piłkę, oglądałem mecze, chciałem być zawodowym piłkarzem i to mi się udało.

Miałeś jeszcze okazję potem tych ludzi spotkać w swojej karierze?

Nie wszystkich. Mieliśmy bardzo mocny ten rocznik, bo kilkunastu z nas potem grało w piłkę i m.in. wymienieni wcześnie, ale też Maciek Korzym, Michał Gliwa, Grzesiek Goncerz, Maciek Gostomski, Przemek Kazimierczak, Błażej Augustyn, to są wszyscy z jednego rocznika i graliśmy na najwyższych szczeblach w Polsce i nie tylko. Mateusz Cetnarski z Kolbuszowej, Kamil Radulj, to też nasz rocznik, Marek Fundakowski z Krosna. Wielu z nas pograło w piłkę i nie tylko na szczeblach juniorskich. Czasem się spotykamy na różnych turniejach charytatywnych, czy konferencjach trenerskich. Miło się czasem spotkać, porozmawiać, wrócić myślami do dawnych czasów, gdzie razem byliśmy na boisku i poza nim. Tworzyliśmy fajną grupę.

Zawsze byłeś bramkarzem? Od podwórka?

Na początku grałem wszędzie, ale od trampkarza stawiali mnie na bramkę, bo po pierwsze nie było innego bramkarza, a że byłem jeden z wyższych, to przypisali mi taką pozycję. Choć zdarzało się, że podczas gierek treningowych grałem w polu.

O grze w polu jeszcze porozmawiamy później. Twoim pierwszym klubem było LKS Długie?

Tak stamtąd pochodzę, moja mama i tato tam mieszkają do dziś. Grałem tam w juniorach, potem pół sezonu zagrałem w seniorach i Świętej Pamięci Pan Jerzy Pietrzkiewicz, od razu ucinam, że to tylko zbieżność nazwisk i nie byliśmy rodziną. Jerzy Pietrzkiewicz, trener i kierownik drużyny w Sanoku, wziął mnie do Sanoka i potem mnie sprzedano do Polonii Warszawa.

Sanok to też piękne chwile dla Ciebie. Stamtąd wystartowałeś do wspomnianej kadry Polski i zagrałeś w słynnym meczu z Legią Warszawa…

Tym meczem na pewno zapisaliśmy się w historii sanockiej piłki i miasta, bo osiągnęliśmy niespodziankę na skalę Polski. Pokonaliśmy mistrza kraju z Radoviciem i Rogerem w składzie tak, że Legia była bardzo mocno obsadzona, a myśmy pokonali ją 2:1. Zabawna historia była też potem, bo trafiłem do Polonii Warszawa i po jakimś czasie trener Wdowczyk został trenerem Polonii.

Dariusz Wdowczyk, który prowadził Legię w meczu ze Stalą Sanok…

Tak. Jak przychodziłem do Polonii, trenerem był Waldemar Fornalik, a Wdowczyk go zastąpił. I pamiętał mnie.

To może często pomijany fakt, ale w sezonie kiedy pokonaliście Legię ze Stalą Sanok, to spadliście z hukiem z 3 ligi po fatalnym sezonie…

W lidze nam nie szło, ale Puchar Polski nam to oddał po dwakroć. Ja miło wspominam ten czas, bo praktycznie graliśmy samymi chłopakami z Sanoka. Może dwóch było przyjezdnych. Trzeba też pamiętać, że 3 liga, to był trzeci poziom rozgrywkowy i ta liga była bardzo mocna. Graliśmy ze Stalą Rzeszów, Resovią, Wisłą II Kraków, w której nie raz nie dwa grali piłkarze pokroju braci Brożków, czy Nikola Mihajlović.

Gdybyś tworzył ranking najważniejszych meczów twoich, to Legia byłaby na którym miejscu?

Myślę, że na podium na pewno, bo zwieńczeniem mojego grania w piłkę, to był na pewno mecz na Signal Iduna w Lidze Europy. Nie każdy miał okazję zagrać na takim stadionie i przeciwko takiej drużynie jak Borrussia Dortmund wtedy. Bodajże dwa lata później Legia pojechała tam zagrać mecz w Lidze Mistrzów i przegrała 4:8.

Cofnijmy się jeszcze trochę, bo po Polonii Warszawa był Banik Ostrawa, NK Primorje na Słowenii i Azerbejdżan. Jak trafiłeś do Azerbejdżanu, bo to taki nieoczywisty kierunek…

W Baniku sytuacja nie była stabilna i zdecydowałem się rozwiązać umowę. Czekaliśmy z menedżerem na inny kierunek, bo był temat wyjazdu na wyspy, ale niestety nie do końca to wypaliło. Przyszło oferta z Azerbejdżanu, drużyna przebywała akurat na obozie w Austrii, zaproszono mnie, żebym poznał drużynę, zobaczył, jak funkcjonuje i przy okazji się sprawdził. Nie chciałem też czekać długo, aż inne oferty pojawią się lub nie. Zdecydowałem się, że pojadę. Zagrałem mecz sparingowy z jakąś turecką drużyną i dobrze mi się broniło. Zaproponowali mi umowę. To była dla mnie ciężka noc, był piątek, a w sobotę rano miałem im dać odpowiedź. Nie były to łatwe godziny, ale podjąłem decyzję, chciałem spróbować coś nowego. Dziś nie żałuję tej decyzji, bo dzięki temu miałem okazję zagrać w Lidze Europy, przez dwa lata graliśmy w fazie grupowej, z super drużynami, zawodnikami. Ogólnie czas spędzony w Azerbejdżanie wspominam miło.

Sam tam byłeś?

Tak, ale moja dziewczyna, a dziś żona, przyjeżdżała do mnie, odwiedzała mnie. Mieliśmy jednak fajną paczkę, byli Serbowie, Chorwaci dobrze się dogadywaliśmy. Mieliśmy bardzo zawziętą i charakterną ekipą i wynik to pokazywał.

Liga Azerska stała wtedy na niezłym poziomie…

Myślę, że tak. Taki Karabach czy Neftczi, to może pozwolić sobie na naprawdę transfer za miliony Euro i to nie jest problem i oni to robią. Karabach to poukładana drużyna, nie zmienia od wielu lat trenera i każdego roku gra w Lidze Europy lub Lidze Mistrzów.

A jaki status miały twoje drużyny, najpierw Simurq Zaqatala, a potem Qabala, bo w nich występowałeś.

Z Simurqiem zajęliśmy 4. Miejsce, to była taki drugi klub Interu Baku, bo oba te kluby mają jednego właściciela. Potem w Qabali moim trenerem był m.in. Jurij Siomin, który później trenował Krychowiaka w Lokomotiv Moskwa. To bardzo znane nazwisko w Rosji. Trener, który osiągał duże sukcesy. Przyjechał do Qabali, miał ambitny cel, bo mieliśmy wygrać ligę, ale nie udało się. Zajęliśmy 3. miejsce, robiono bardzo dobre transfery, bo oprócz mnie trafił tam najlepszy bramkarz Portugalii, któregoś sezonu Diego. Tak, że ja nie rywalizowałem tam z „ogórkami”, tylko z poważnymi bramkarzami z Brazylii.

Czy to prawda, że chcieli ci dać paszport Azerbejdżanu, żebyś mógł grać w ich reprezentacji?

Coś tam było na rzeczy, bo w tym czasie bardzo dobrze broniłem, zostałem wybrany najlepszym bramkarzem i trochę przetarłem szlak polskich bramkarzy w Azerbejdżanie. Po mnie trafili tam Łukasz Sapela, Paweł Kapsa i dziś jest Mateusz Kochalski. Ja byłem pierwszym polskim bramkarzem w Azerbejdżanie i chyba dobrą opinię wystawiłem naszym, bo do dziś dziennikarze dzwonią, pytają i chwalą polską szkołę bramkarską. Pytano mnie kiedyś o jednego bramkarza, bo jednej drużyny.

A co z tym paszportem?

Okazało się, że to nie taka prosta sprawa. Musiałoby się na to złożyć dużo czynników. Jakby nie było tematu.

Wspomniałeś wcześniej, że grając w Qabali w Lidze Europy zagrałeś mecz w Dortmundzie przeciwko Borussii, przeciwko Łukaszowi Piszczkowi…

Tak, mam nawet jego koszulkę. Porozmawialiśmy po meczu, podszedł do nas Mats Hummels, wiedział że jestem Polakiem i kilka słów powiedział po polsku. Wiadomo, nie byliśmy faworytem. Dla nas taki mecz przeciwko Borussi i na tym stadionie, to była nagroda za to, co zrobiliśmy do tej pory. Życzę każdemu takiego meczu, na takim stadionie i z takimi przeciwnikami.

Pamiętasz wynik?

0:4. Strzelali Marko Reus, Mikitarian, samobójcza i Aubameyang, ale w pierwszym meczu byliśmy blisko, było 2:3.

Po Azerbejdżanie wróciłeś do Polski, do ekstraklasy. Niestety tak, jak w Polonii Warszawa, tak w Sandecji Nowy Sącz, potem w Rakowie Częstochowa nie przebiłeś się do pierwszego składu…

Zawsze bardziej chciałem grać w Polsce, niż za granicą, ale ciężko jakoś było mi wskoczyć do, że tak powiem do obiegu. Dla mojego rocznika czasy się zmieniły. Jak ja wchodziłem do piłki seniorskiej, to nie było czegoś takiego, jak młodzieżowiec. O obowiązku gry młodzieżowca nikt jeszcze nie słyszał. Zawsze przyjmowano z góry, że bramkarz musi być stary, doświadczony i ograny, mało kto stawiał małolata w bramce. Jak trafiłem do Polonii, to rywalizowałem z takimi nazwiskami, jak Radek Majdan, Mariusz Liberda, Sebastian Przyrowski. To są nazwiska, reprezentanci Polski. Bardzo ciężko było się przebić. W Sandecji był znów Michał Gliwa, który bardzo dobrze bronił, Łukasz Radliński był w świetnej formie. Ciężko było się przebić.

Jeszcze Raków Częstochowa…

To Michał Gliwa mnie do Rakowa zaproponował, bo on tam bronił, ale złapał kontuzję. Spodobałem się trenerom, Markowi Papszunowi i wzięli mnie. Zdawałem sobie sprawę, że w takim klubie będzie mi ciężko być pierwszym, ale mimo to dobrze wspominam ten czas. Raków się rozwijał, szedł szybko do przodu.

Wtedy poznałeś warsztat trenera Papszuna…

No… twarda ręka, ale efekty tej jego pracy w tym klubie, było już wtedy widać. On też nie brał ludzi z przypadku.

Potem zszedłeś do 2 ligi do Stali Stalowa Wola i tu, już udało się trochę pograć, potem znów Sandecja, tym razem 1 liga…

Tak, wróciłem do Sandecji za trenera Mandrysza, a potem był Dariusz Dudek. Byłem kapitanem, walczyliśmy o baraże. Znów mieliśmy fajną drużynę, a nasz stadion na Kilińskiego, był trudny do zdobycia dla każdego.

Rok 2023 i mówisz dość…

Obrałem inne cele, pojawiła się rodzina, a świat piłki się zmienił. Zaczęli wszyscy stawiać na młodszych. Wiedziałem, że rynek bramkarski jest trudny. Postanowiłem, że pójdę w szkolenie. Uznałem, że mam na tyle duże doświadczenie, że mogę przekazywać wiedzę i trenować bramkarzy. Nie chciałem też dłużej czekać, być w stanie zawieszenia, czy pojawi się coś, czy nie, a swoje pokopałem.

Decyzja, wróciłeś do Sanoka…

To moje rodzinne strony, tu wybudowałem dom. Tu też jest zapotrzebowanie i można coś fajnego zrobić. Jak coś robi się z pasją, to zawsze znajdą się chętni. Po powrocie zostałem trenerem seniorów Zgody Zarszyn, ale już wtedy chciałem założyć szkółkę bramkarską, w której będę szkolił. Musiałem najpierw pozałatwiać sprawy formalne i w końcu to zrobiłem.

Jak to w tym momencie wygląda. Gdzie i z iloma bramkarzami pracujesz?

Część chłopaków przychodzi do mnie prywatnie na treningi bramkarskie, dodatkowo trenuję bramkarzy w Ekoballu Sanok od najmłodszych, aż po seniorów, trenuję też jako trener bramkarzy Rymanów i Klimkówkę. Plus w MOSiR w Dukli jestem zatrudniony i tam mam dwie grupy. Trochę tego jest.

To ilu jest tych bramkarzy?

35. Ostatnio liczyłem, bo kupowałem im prezenty na Mikołaja. Poniedziałek, środa mam Długie i Nowosielce, gdzie mieszkam i we wtorki i czwartki w Sanoku. Jedni są raz w tygodniu inni po dwa lub trzy.

Dodajmy jeszcze kadrę Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej…

Tak kadra rocznika 2013. To trochę powrót do korzeni, bo kiedyś byłem jej zawodnikiem. Bardzo cieszę się, że jestem w tej kadrze. Bo to nowe doświadczenie, okazja do pracy z ludźmi, którzy się nie zamykają, chcą rozwijać się i ta rywalizacja z innymi związkami przede wszystkim. Ja zwyczajnie chcę pomagać tym młodym bramkarzom. Warunki do treningu mają świetne i żeby tylko mieli chęć i zaangażowanie.  

No i jeszcze jest Zgoda Zarszyn, klub, w którym jesteś pierwszym trenerem i piłkarzem.

Chciałem się dalej szkolić jako trener, ale na kolejny szczebel musiałem mieć zaliczone dwa sezony, jako pierwszy trener w piłce jedenastoosobowej. W pierwszym sezonie zajęliśmy 4. miejsce w klasie A, potem był awans do okręgówki i teraz mamy w niej drugie miejsce.

Zapomniałeś dodać, że w klasie A byłeś królem strzelców, strzeliłeś 35 goli, a w obecnym sezonie masz ich 12 i też jesteś na czele klasyfikacji w okręgówce…

Nie planowałem tego, jakoś wyszło. Ciągnęło mnie do piłki, ale chciałem przede wszystkim być aktywny, chciałem się ruszać, bo to w środku zostaje i nie gaśnie. Ale chciałem spróbować coś innego. A jak jeszcze inni gadali, że sobie nie poradzę, to mnie zmotywowali. W gierkach wyglądałem nieźle, to byłem pewien, że sobie poradzę.

Od razu w ataku?

Dlaczego nie? Była taka potrzeba, to poszedłem do ataku. Na obronie też bym zagrał.

Jako beniaminek jesteście wiceliderem klasy O. Walka o kolejny awans?

Nie myślimy o tym. Ja tak mam, że jak jestem w drużynie, to drużyna zawsze gra o zwycięstwo i nie odpuszcza. Tłumaczę to chłopakom, bo nie wyobrażam sobie, że ktoś wychodzi na mecz i przechodzi obok niego. Można mieć gorszy dzień, ale zaangażowania nie może zabraknąć. Mierzymy jednak siły na zamiary i nie wybieramy się z motyką na słońce. Na ten moment na pewno nie jesteśmy gotowi na awans i mówię to z pełną świadomością. Musiałoby się kilka rzeczy w klubie zmienić. Wiem, jak to wygląda wyżej i wejść, żeby spaść zaraz z hukiem, to nie ma sensu. Ale uprzedzam przeciwników, nie odpuścimy żadnego meczu do samego końca.

A może trzeba było zostać napastnikiem?

Nie. Byłem i będę bramkarzem. Ale nie ma co ukrywać, choć to tylko klasa A czy okręgówka, to jak się strzela gole, to też jest duża frajda. Po to się trenuje, żeby to potem w meczu procentowało. Szkoda, że lata nie lecą w dół tylko w górę, bo kto wie, co by to było.

ROZMAWIAŁ ŁUKASZ PADO

FOTO KONRAD KWOLEK