– Praca z kadrą UEFA Regions Cup, to niesamowite przeżycie. Trafiła mi się świetna grupa ludzi – mówi Bartosz Zołotar, trener kadry Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej na turniej UEFA Regions Cup. Jego zespół wywalczył wicemistrzostwo Polski na turnieju w województwie dolnośląskim. Do złota zabrakło jednego gola.

ŁUKASZ PADO: Od turnieju w UEFA Regions Cup, minęło kilka dni. Smutek po tym, gdy do mistrzostwa zabrakło jednego gola minął?
BARTOSZ ZOŁOTAR: Nie do końca. Dalej mam mieszane uczucia, bo tak niewiele nas dzieliło. Tym bardziej, jak popatrzymy na przebieg meczu. Mieliśmy doskonałe sytuacje, żeby zdobyć tego jednego gola więcej. Prowadziliśmy 1:0, był potem remis, ale te wcześniejsze sytuacje powinniśmy zamienić na gole. Jeden nie trafił, drugiego obroni bramkarz. Potem poszliśmy va bank, mogło być różnie, bo równie dobrze oni mogli nas ustrzelić, ale nie było wyjścia, brakowało nam gola i trzeba było zdobyć. Nawet nasz stoper Włodek Khorolski, poszedł do przodu, obrońca odbił jakoś plecami piłkę lecącą do bramki. Co tam się działo. Chłopaki zostawili kawał zdrowia. To amatorzy, a oni w 4 dni zagrali trzy mecze po 90, a nawet po 99 minut, bo tyle były przedłużane. Szacunek, że to wytrzymali.
Spotkał się pan już kiedyś z taką sytuacją, że mecz się kończy, a w grze o mistrza jest wciąż cztery drużyny? Kto strzeli gola, bierze złoto.
W ligowych zmaganiach praktycznie nie ma mowy, o takich sytuacjach. Może kiedyś tam były jakieś soboty, czy niedziele cudów, ale to było wiele lat temu i w innych okolicznościach. Ale normalnie nie ma czegoś takiego. To ile to nas kosztowało, nikt nie wie. Śledziliśmy wynik równoległego meczu. Tam grali dłużej, u nas krócej, ktoś tam krzyczał do sędziego, żeby już kończył. Huśtawka nastrojów, ale też fajne przeżycie, w klubowej piłce czegoś takiego nie przeżyjemy.
Jak oceniasz ten turniej, jako całość?
Odnoszę wrażenie, że po każdym z meczów, powinniśmy pluć sobie w brodę. Uważam, że pierwszy mecz był w naszym wykonaniu najsłabszy. W ogóle to przed turniejem nasz zespół przeszedł metamorfozę. Podczas turnieju w Puławach mieliśmy więcej doświadczonych graczy. Jak się okazało, na finał nie wszyscy mogli pojechać. Dwóch zatrzymały obowiązki zawodowe, dwóch studia, kolejnego kontuzja. Trzeba było sięgnąć po innych. Na koniec okazało się, że wzięliśmy dużo młodszy skład. Skład oparty na doświadczonych graczach jak Piątek, Khorolski, Król, bracia Nalepa. Ale młodzież też się fajnie spisała. Ci chłopcy po meczach się szybko regenerowali to, jak się okazało, był klucz, żeby się postawić. Po pierwszym meczu czuliśmy niedosyt, ale wierzyliśmy, że remis nie jest zły i możemy coś ugrać, tym bardziej że w drugim meczu też był remis i każdy miał tyle samo punktów. Potem zagraliśmy bardzo dobry mecz z gospodarzami, mieliśmy znakomite sytuacje. W 90 minucie był słupek, wcześniej poprzeczka, a na koniec to oni strzelili gola na 3:2 w 94. minucie. To bardzo bolało, to nas niesamowicie sponiewierało. Podziwiam jednak naszych chłopaków. Sytuacja wyglądała na beznadziejną, ale ci młodzi chłopcy nie zwiesili głów. Kalkulowaliśmy, że Małopolska poradzi sobie z Dolnym Śląskiem, a my wygramy z kujawsko-pomorskim i to się stało.
Młodzi wykorzystali daną im szansę?
Tak. Kuba Ożóg to odkrycie tego turnieju. Wiosną grał w okręgówce, a teraz jest na testach w Puszczy Niepołomice. Byłem na sparingu z Wisłą Kraków, zagrał, pokazał się, przeprowadził dwie świetnie akcje. Ma chłopak to coś, trzeba go tylko oszlifować. Jak byliśmy na tym turnieju i inne zespoły dowiadywały się, że on gra w 5 lidze, to od razu mówili, że kluby z 3 ligi go u nas wezmą. Karol Potera zaliczył bardzo dużo minut, chłopak z listy rezerwowej, podobnie Paczkowski. Szymon Serwiński był wyborem nieoczywistym, a zrobił niesamowitą robotę. Na ostatni mecz dopadło go zatrucie i nie grał. Artem Płoszczyński, bardzo pozytywna postać. Pokazał, że jest to dobry wybór. Serce się radowało, jak po meczu w pokoju fizjo siedziało pół drużyny. Jeden był masowany, kolejny w rękawach, inny w beczce, kolejny jeszcze coś robi… Widać było, że chłopcy chcą dbać o siebie, wiedzą, po co grają w piłkę. To nie jak kiedyś, że zawodnicy jechali na kadrę, żeby się pobawić. W dodatku ci starci jak Włodek czy Dawid Król pompowali ich, motywowali. Świetna grupa ludzi mi się trafiła.
Czyli za tobą fajne kilka miesięcy pracy z tą kadrą?
Bardzo fajne. Muszę jeszcze dorzucić, że mieliśmy znakomity sztab. Nasz kierownik Sławomir, to osoba, dla której nie było rzeczy niemożliwych. Jak czegoś potrzebowaliśmy, to tak kombinował, że wykombinował. Kawał roboty wykonał Przemek Kuca, wiele jego pomysłów tam zrealizowaliśmy i były to dobre pomysły. Wcześniej w Puławach był z nami Kacper Grzesik, który dziś jest pierwszym trenerem w Lubaczowie, zresztą przez kadrę poznał Przemka i będą ze sobą teraz pracować w Pogoni-Sokole. Nasz fizjo Mateusz Kwaśny, to chyba osoba, która miała najwięcej pracy. Trener bramkarzy Michał Wilczyński wziął tę robotę po tym, jak Kamil Bochman dostał pracę w Zagłębiu Lubin, a Tomek Wietecha, który miał go zastąpić, ze względu na obowiązki w klubie nie mógł pojechać z nami. Wiedziałem, że Michał da sobie radę, znam go od dawna, kiedyś graliśmy w jednym klubie i w kadrze UEFA Regions Cup, jako zawodnicy. Ma doświadczenie i pracuje z kadrami młodzieżowymi. Jak w składzie, w sztabie też były zmiany, ale muszę przyznać, że miałem świetnych współpracowników.
A piłkarze? Chętnie przyjeżdżali na zgrupowania?
Tak. Po turnieju półfinałowym w Puławach chcieliśmy coś zmienić, dołączyć młodszych i głodnych. Nie wszyscy mogli, ale tych, którzy pojechali nie trzeba było namawiać. Nawet chłopcy, których w pierwszym momencie odsunąłem, wrzuciłem na listę rezerwową, jak tylko zadzwoniłem, bez wahania odpowiadali „jadę”.
A jeśli padnie propozycja, by zostać? By znów poprowadzić reprezentację UEFA Regions Cup, zgodzi się Pan?
Pewnie. Jak nie pójdę, gdzieś do jakiejś ligi, to tak.
Po mistrzostwach nie było czasu na odpoczynek. 30 czerwca prowadzona przez pana Wisłoka Dębica rozpoczęła przygotowania…
Tak. Duże testy, można powiedzieć plac budowy un as jest. Pojawiają się nowi, jedni może zostaną, inni pewnie nie. Nie będzie łatwo, bo rozpadła się nam niestety obrona, a to była nasza siła w poprzednim sezonie. To dzięki obronie, tak szybko zapewniliśmy sobie utrzymanie. My nie jesteśmy niestety klubem, który może zaoferować wysokie płace i nie ma się co dziwić, że są piłkarze, którzy chcieliby więcej. Ale ci, co odchodzili od nas, piłkarze tacy jak Grasza, Grniec, Bała, Radwaniec, to po odejściu z Wisłoki zaliczyli fajną przygodę. Szkoda Czernysza, Panasiuka, zrobili u nas duże postępy.
Co sądzi pan o nowicjuszach w 3 lidze? Mamy powroty JKS Jarosław, Hetman Zamość, nowicjuszy Moravię czy Busko-Zdrój oraz rezerwy Wieczystej…
Byłem na meczu Morawicy z Izolatorem i uważam, że Izolator był lepszy, ale piłka bywa okrutna. Moravia się prześliznęła przez te baraże, bo w finale też nie była lepsza od rywali, ale pewnie w 3 lidze będzie ten skład nieco inaczej wyglądał i nie można ich lekceważyć. My zaczynamy sezon z Buskiem-Zdrój i JKS-em. 20 lat temu, jako zawodnik Wisłoki, też inaugurowaliśmy sezon w Busku-Zdroju. Prowadziliśmy tam 1:0 do przerwy, a skończyło się 1:4. Przegraliśmy sromotnie, ale na końcu my się utrzymaliśmy, a oni spadli. Teraz zamierzam wziąć rewanż za tamten mecz.
Jaki cel Wisłoki na sezon 2026/2027?
Chciałbym się spokojnie utrzymać.
Rozmawiał Łukasz Pado.
