Mieczysław Ożóg ma 57 lat i nadal gra od deski do deski [WYWIAD]

931

– W drużynie się mówi po imieniu i nie ma, że „Panie Mietku”. Jak musisz, to możesz mnie opieprzyć, jak jest za co – mówi jeden z najstarszych, ciągle aktywnych piłkarzy na Podkarpaciu. Zapraszamy na rozmowę z MIECZYSŁAWEM OŻOGIEM, byłym piłkarzem m.in. Stali Stalowa Wola, w której barwach zanotował ponad sto występów w ekstraklasie. Obecnie zawodnikiem A-klasowej Bukowej Jastkowice, gdzie występuje, choć w tym roku skończył już 57 lat.

Pamiętasz ile razy żona ci powiedziała „Daj sobie spokój z tą piłką”?

Trudno powiedzieć, parę razy tak było.

Parę czy parę tysięcy razy?

Nie. Ona wie, na czym to polega i wie, czym to się je. Raczej podchodzi ze zrozumieniem, a że zdrowie mi dopisuje, to pozwala. Czasami po meczu złości się, ale to przez to, że nieraz muszę potem iść do pracy, więc… A że pracuję fizycznie i mamy taki system pracy czterobrygadowy, to jest nieciekawie, bo nieraz trzeba iść na nockę, albo w weekendy. Jak mam mecz w niedzielę, a potem trzeba w poniedziałek i wtorek zapierniczać, to nogi trochę odmawiają posłuszeństwa. Mam jednak za domem taką dużą wannę, leję zimnej wody i siedzę w takiej lodówce. To pomaga.

Gram w piłkę, bo?

Bo lubię. Na razie prezes Bukowej Jastkowice pozwala mi grać w swoim klubie, to gram. Trener mnie jeszcze widzi w składzie, więc… Nie będę narzekał.

Prezes Piotr Wołoszyn zdradził, że na treningi biegniesz z domu i do niego wracasz również biegiem. Prawda?

Mam tu kilometr do stadionu, to przed treningiem jest mała rozgrzewka, a wracając rozbieganie. Więcej się trochę dzięki temu poruszam.

Udało się tym zarazić młodszych kolegów?

Raczej nie. Każdy, albo samochód, albo rower.

Oprócz tego, jakaś pasja, aktywność fizyczna?

Nie, praca fizyczna, bo trzeba w robocie nieraz trochę przerzucić ciężarów, do tego piłka, no i w domu, tam zawsze coś jest do zrobienia, trzeba to wszystko ogarnąć. Czas mam zagospodarowany na okrągło. Tym bardziej że mam taką pracę, że jak wrócę, to chcę trochę odpocząć, po treningu też.

Wiem, że jak nie jesteś w pracy, to nigdy nie opuszczasz treningu. Nieraz jednak po treningu trzeba iść do pracy?

No trzeba. Wtedy jest nieciekawie. Nogi bolą, ale trzeba zęby zacisnąć i swoją pracę wykonać. W drugą stronę, czyli trening po pracy, to trochę lepiej. Problem jest, gdy mamy mecz, a ja czasem muszę pracować w weekend. Żeby na niego pójść, muszę szukać zmiennika, a wiadomo, że nikt nie chce w sobotę, albo w niedzielę przyjść do pracy. W tym sezonie, jak na razie, wychodzi mi dobrze ze zmianami i mogłem grać w każdym meczu.

W każdym meczu i to od deski do deski. Starcza sił na pełne 90 minut? A może nie chcesz się przyznać przed młodszymi, że nie dajesz rady?

Wiadomo, młodszy ma więcej sił i lepszą wytrzymałość. Ja gram na obronie, trochę może tego biegania jest mniej, ale zazwyczaj muszę ścigać się z dużo młodszymi chłopkami, a jak temu się chce biegać, to starszego może zajechać. Bywają mecze, że mam dość.

A może trener nie ma odwagi cię zmienić?

Ja zawsze mówię trenerowi „Ja mogę sobie usiąść na ławce i pooglądać” i mi nie będzie to przeszkadzać, że nie gram. Jak jest młodszy i zdrowszy, to niech gra. Niestety, coraz mniej tych młodych chłopaków garnie się do tej dyscypliny. Młodzi wolą laptopy, telefony. Nie tak, jak kiedyś. Po szkole wracało się do domu, żeby piłkę wziąć i iść pokopać, a wracało się, gdy się robiło ciemno. Teraz tego nie ma i chyba nie wróci.

Ale są u was piłkarze, co mają 18, 19 lat…

To dopiero w tej rundzie, w tamtej tego nie było. Wróciło dwóch chłopaków od nas, którzy byli w innym klubie. Fajnie, jakby tej młodzieży było dużo, ale jest jak jest.

Na razie połowa stawki. Bukowa po 7 meczach ma 9 punktów na koncie, a podobno przed sezonem były plany na awans?

No nieciekawie to, wygląda. Trochę mało tych punktów mamy. Są sytuacje, ale nie strzelamy, albo tracimy głupie bramki. Trochę nas mało i nie ma czym straszyć. Ostatnio było 3:3 z Wrzawami. Mieliśmy okazję na 4:3, chłopak objechał wszystkich, wyszedł sam na sam, ale zamiast strzelić, to można powiedzieć, podał bramkarzowi. Byłoby dwa punkty więcej.

Ciekawi mnie, jakie są wasze relacje. Bo patrząc na pesel, to niektórzy w drużynie mogliby być twoimi wnukami.

W drużynie się mówi po imieniu i nie ma, że „Panie Mietku”. Jak musisz, to możesz mnie opieprzyć, jak jest za co. Ja do nich będą mówił, a oni do mnie nie? Bo będą się bać? Nie ma takiej szansy. Jak coś ma do powiedzenia, to niech mówi, prosto w oczy i już. W drużynie jest równość i jak ja coś do nich mam, to idę i mówię, w drugą stronę tak samo.

Ale na boisku potrafisz mocno krzyknąć. Chyba że to na sędziów?

Przesada. Z sędziami wiadomo, nie wygrasz. Parę razy się człowiek odezwie, to potem ma to odwrotny skutek do zamierzonego. Najlepiej się do nich nie odzywać, to co gwizdną trzeba przyjąć. Można czasem coś podpowiedzieć spokojnie, pogadać. Doceniam to, że sędzia czasem po meczu potrafi się przyznać, że nie miał racji. A piłkarzy? To nic nie da, jak go ochrzanisz na meczu, lepiej po.

Lubią cię w Jastkowicach?

Ja wiem? Ja mówię, że jestem jastkowickim aborygenem. Tu się przed laty wybudowałem, mieszkam, czuję się jak na swoich śmieciach.

Kiedy trafiłeś do Jastkowic?

Jak grałem w Stalowej Woli, to się tu wybudowałem, w 1997 roku. Kupiłem działeczkę za nieduże pieniądze. Wcześniej rosły tam ziemniaki, nie było dobrej drogi, ale teraz jest już asfalt, elegancko. Zadowolony jestem, cisza, ładnie, na stadion blisko, do pracy też.

Jak cię przyjmują na innych stadionach? Masz już sporo siwych włosów na głowie. Poza tym znają cię w okolicy…

Zależy, gdzie się pojedzie na wieś. W jednej cię przywitają, „Mietek fajnie, że grasz”, a w innej, jak to kibice, chcą cię zdenerwować. Najlepiej, to się uśmiechnąć i pokiwać głową. Czasem to takiego, jeszcze bardziej zdenerwuje, ale lepiej trzymać język za zębami. Czasem mówią „Dziadku, dałbyś se spokój”, to mówię „jak ja skończę, to ty też”. Niektórym się wydaje, że zawojowali świat, bo kopnęli dwa razy w A-klasie czy okręgówce.

Ty grałeś w Stali Stalowa Wola 17 sezonów, kilka z tego w ekstraklasie. Jest sentyment?

Jest, ale nie oglądam teraz Stali i nie chodzę na mecze.

Dlaczego? Ładny stadion, ostatnio awansowali do II ligi…

Byłem kiedyś na jednym meczu, jak jeszcze wcześniej grali w II lidze, z Bytovią. Powiedziałem sobie po tym, że „na takie mecze, to ja chodził nie będę”. Jeden strzał celny w meczu, oddany w 85. minucie, to nie róbmy jaj. To nie ta liga. To w klasie A więcej się dzieje na meczu, a tam to tylko obrona i „długa” do przodu. Czy teraz to tak wygląda, to nie wiem, awansowali, to dobrze, ale zobaczymy co dalej.

A w telewizji oglądasz mecze?

Oj nie za często. Podobała mi się ostatnio Legia w meczu z Aston Villą, byłem zaskoczony, że zagrali taki otwarty mecz. No, bo to co pokazał Raków, to po 45. minutach odpuściłem sobie.

Gdyby Mieczysław Ożóg miał dziś 25 lat, to gdzie by grał?

Na pewno nie w Polsce. Z tym zdrowiem, co miałem, to coś bym dziś zrobił. Ale kartę zawodnika złapałem, jak miałem już 33 lata. Teraz piłkarze podpisują kontrakty na dwa lub trzy lata i mogą iść gdzie chcą, ze mną było inaczej.

Gdybyś rzucił okiem na listę klubów w których grałeś. Gdzie było najlepiej?

W Górniku Łęczna. To było kiedy dostałem kartę na rękę. Znałem jeszcze trenera Łacha, to wiedziałem, z kim będę pracował. Biliśmy się ze Śląskiem Wrocław o awans do ekstraklasy, ale w tamtych czasach nie było szans przebicia ich.

Masz jakieś kontakty z tymi wszystkimi klubami?

Ze wszystkimi pewnie nie. Na pewno z Siarką Tarnobrzeg mam dobre kontakty, z Lublinianki mam kontakt z kilkoma chłopakami, z którymi znałem się jeszcze z wojska. Galicja Cisna, to był totalny niewypał, w Kotowej Woli każdy ma swój świat, w Sobowie, nie wiem co się dzieje. W Jezioraku Chwałowice mam kilku kolegów, bo to jeszcze nie tak dawno było. Pamiętam, że w Unii Nowa Sarzyna był fajny klimat. Trafiłem tam ze Stalowej Woli, bo mi podziękowali ekspresem, „bo jesteś za stary, możesz sobie odejść”. To poszedłem. Sarzyna mnie wzięła za darmo, a za pół roku Stalowa Wola musiała za mnie zapłacić dziesięć kawałków, żebym wrócił, bo im się paliło z tyłu w 3 lidze i by spadli.

Masz trochę złych wspomnień ze Stalowej Woli, ale były też fajne momenty…

Pewnie, że były. Najlepsze te, kiedy walczyliśmy o awans do 1 ligi, a potem te mecze z dużymi klubami. Trochę się z nas śmiali, że „wieś przyjechała”, a nam „kopary” opadały, jak zobaczyliśmy te stadiony. Nastawiali się na nas, że dadzą nam łupnia, ale parę razy się na nas sparzyli i to my im łupnia daliśmy. Przed meczem, to się śmiali, ale potem, jak z nimi wygrywaliśmy, to inaczej podchodzili.

Jakieś konkretne historie?

Ogólnie tak było. Raz pamiętam, jechaliśmy na Legię i to był mecz ultimatum dla kilku piłkarzy. Trener Marian Geszke powiedział krótko „Jak wygracie będzie spokój” i wygraliśmy. Mam sentyment do tego trenera, bo to on mnie wprowadzał do pierwszego zespołu w Stali. To był kawał dobrego trenera. Gonił, był surowy, ale murem stawał z drużyną.

A ty nie chciałeś zostać trenerem? Jakiś epizod był z tym związany. Prawda?

Byłem, ale to było kiedy inaczej pracowałem, nie tak jak teraz. To można było coś ogarnąć. Nie raz nie ma cały tydzień, to powiedziałem nie. Jakby to było, że trenera nie ma na treningu? Dlatego zrezygnowałem. Wolę pokopać dla przyjemności, albo posiedzieć i pooglądać.

Zastanawiam się, jak ty tyle lat przetrwałeś. Na boisku trudno spotkać kogoś po czterdziestce, a ty masz już 57.

Kontuzje mnie omijają, nic mi się nie dzieje. Zawsze mówi się, że ten sezon i koniec, a potem przyjdzie ktoś, namówi i jedziemy dalej. Jestem na miejscu, to chętnie zagram.

Żadnej poważnej kontuzji przez ponad 40 lat?

Jedną miałem, więzadła poboczne poleciały. Zrobiłem wślizg, nogę zablokowało i tyle. Pół roku miałem przerwy po operacji w Piekarach i wróciłem do gry. Ale to było w 91 roku, miałem 25 lat, to szybko się zagoiło. Potem jakoś mnie to omijało na szczęście.

Rozmawiał Łukasz Pado

Foto: Łukasz Pado i Paweł Bialic