Grzegorz Baran: Miałem szczęście pracować ze znakomitymi trenerami – Nawałką, Fornalikiem, Janasem. Teraz chcę to wykorzystać w Jarosławiu

346
Grzegorz Baran pełni funkcję grającego trenera JKS-u Jarosław, fot. Łukasz Pado

Nie można porównywać poziomu 4 ligi do ekstraklasy. Niestety są duże różnice, ale… – mówi GRZEGORZ BARAN, były piłkarz m.in. Cracovii, Ruchu Chorzów, GKS-u Bełchatów i Sandecji Nowy Sącz. Obecnie grający trener JKS-u Jarosław, którego jest wychowankiem.

Grzegorz Baran ma na koncie m.in. 220 występów na poziomie ekstraklasy. Rok temu po ponad 30-latach powrócił do JKS-u Jarosław, gdzie stawiał jako piłkarz swoje pierwsze kroki.

W ostatni weekend jego drużyna, po słabym rozpoczęciu rundy wiosennej, odnotowała efektowne zwycięstwo pokonując na wyjeździe spadkowicza z 3 ligi Wólczankę Wólka Pełkińska 5:0. W tym sezonie JKS mierzy w awans do 3 ligi i taki cel został postawiony trenerowi Baranowi, a my korzystając z okazji, zadaliśmy mu kilka pytań.

Łukasz Pado: Po dwóch nieudanych meczach w rundzie wiosennej drużyna w końcu odniosła zwycięstwo. Zagrała to co miała zagrać?

Grzegorz Baran: Tak. Aczkolwiek czekaliśmy na taki mecz, bo był on potrzebny, żeby uwierzyć w siebie. Myślę, że przyszedł zwyczajnie ten moment, bo to co mieliśmy stracić, straciliśmy w dwóch pierwszych kolejkach i nie było możliwości, żeby tym razem popełnić kolejny błąd. Jeśli chodzi o mecz z Wólczanką, to na pewno jestem zadowolony z drugiej połowy, bo jeśli chodzi o pierwszą, to miałbym chłopakom wiele do zarzucenia.

Po czterech golach w drugiej połowie złość na pewno przeszła…

Złość tak, ale ja jestem wymagający, zarówno wobec siebie, jak i swoich zawodników. Chcę wyciągać maksimum z drużyny, chcę by chłopcy grali z takim zaangażowaniem i z taką pewnością siebie, jak zagrali w drugiej połowie. Szkoda, że tego nie było od pierwszego meczu.

Byliście faworytem tego meczu, ale pewnie miał pan swoje obawy?

Wiedziałem, że Wólczanka zmieniła się bardzo w stosunku do poprzedniej rundy, analizowałem jej ostatni mecz z Łańcutem, w którym prezentowała się dobrze. Wierzyłem jednak, że wygramy ten mecz, bo mamy lepszy zespół, lepszych graczy. Obawiałem się, że swoją siłą woli, charakterem, rywal może sprawić niespodziankę, bo już to pokazał w tym sezonie. Jednak mecz pokazał, że na początku podjęli walkę, ale z każdą minutą, z każdym golem coraz mocniej przełamywaliśmy przeciwnika.

Zimą pozyskaliście bramkostrzelnych graczy Patryka Zielińskiego i Adriana Nowaka, tymczasem z Wólczanką strzelali inni…

Zdaję sobie sprawę, że wszyscy liczyli, że przyjdzie Zieliński i Nowak i w każdy meczu będą strzelać po pięć goli. Za długo jestem w piłce nożnej i wiem, że to niemożliwe. Ja chciałem przede wszystkim stworzyć zespół, który będzie ze sobą grał i uważam, że to się mi udało. Patryk Zieliński strzelił gola w pierwszym i drugim meczu, tylko tego drugiego mu nie uznano, choć moim zdaniem był zdobyty prawidłowo. Z Wólczanką gola nie strzelił, ale i tak jestem zadowolony z jego gry, bo wyglądał dobrze, utrzymywał piłkę i bardzo dobrze współpracował z zespołem. Adrian Nowak nie zagrał przez kartki i na pewno potrzebuje czasu, żeby się przystosować. Pokazał golem z Koroną Rzeszów, że idzie to w dobrym kierunku. Po to jest jednak drużyna, żeby młodzi parli na starszych, a ci starali się nadal rozwijać, żeby ciągnąć zespół. Nie może być tak, że ktoś na kogoś robi w zespole. Zespół musi iść razem. Medialnie te nasze transfery się odbiły, ale nie da się wygrać meczu jedenastu na dwóch. Tych dwóch potrzebuje drużyny, żeby wygrywać i wszyscy muszą iść w jednym kierunku. Ja na pierwszych zajęciach powiedziałem, że u mnie w zespole nie ma świętych krów, a za nazwisko nikt miejsca w składzie nie dostanie. U mnie gra ten, który pracuje i zasługuje na to, by grać.

Karpaty Krosno i Cosmos Nowotaniec jednak wam odskoczyły. Tracicie do lidera 8 punktów i ciężko będzie to odrobić.

Na pewno. Zawaliliśmy i biorę za to pełną odpowiedzialność. W pierwszym meczu zagraliśmy słabo, z Koroną zabrakło nam szczęścia. Takie mecze jednak się zdarzają. Cieszę się, że idzie to do przodu, bo chcę by chłopcy się rozwijali. Uważam, że jesteśmy drużyną charakterną i w każdym meczu będziemy grać o komplet punktów. Umiejętności nam może czasem zabraknąć, ale ambicji nie.

Pociesza jednak fakt, że liga jest przewrotna. Co pokazała choćby ostatnia kolejka, w której nisko notowany Igloopol urwał punkt Karpatom Krosno czy ostatni w tabeli Skołoszów pokonał Sokoła Kolbuszowa Dolna?

Dokładnie. Nikt chyba nie stawiał na Igloopol, a oni mogli w ostatniej minucie strzelić gola na 2:1 i wygrać, choć grali już w dziewiątkę.

Przed wami mecz ze Stalą II Rzeszów. Jeden punkt tej drużyny w dwóch meczach, to niewiele, ale czy na pewno nie ma się czego obawiać?

Jak dla mnie, to jak na ich potencjał i poziom sportowy, to są na bardzo niskim miejscu w tabeli. Oczywiście trzeba byłoby najpierw poznać, jakie są główne cele tej drużyny. Jestem przekonany, że oni stawiają przede wszystkim na rozwój indywidualny zawodników, dlatego tak grają. Mniej zależy im na wyniku. Podoba mi się taki kierunek. To też oznacza, że szykuje się bardzo fajny mecz. Bo zarówno my jak i oni chcemy grać w piłkę i dużo tą piłką gramy. Nie patrzymy w tabelę i nie lekceważymy przeciwnika. Podpatrywałem Stal w ostatnim meczu z Łańcutem i przy stanie 1:1, to właśnie Rzeszów miał lepsze okazje na strzelenie gola. Nie wykorzystali ich i to się zemściło w doliczonym czasie.

Niemal o tej samej porze ma być rozegrany mecz Cosmos Nowotaniec z Karpatami Krosno, czyli waszych najpoważniejszych konkurentów. Pewnie będzie Pan podglądał wynik?

W trakcie meczu na pewno nie i będę o to apelował do drużyny, by tego nie robiła. Trzeba się skupić na swoich zadaniach na boisku, a nie na tym co się dzieje, gdzieś kilkadziesiąt kilometrów dalej. I tak nie mamy wpływu na tamten wynik, czy na to co się dzieje w Krośnie czy w Cosmosie, więc nie ma to znaczenia. Wynik sprawdzimy po meczu.

Jak się pan czuje w nowej roli? W roli trenera?

Na tę chwilę ta praca mnie wciągnęła bardzo mocno i angażuję się w nią na 100 procent. Angażuję się zarówno pod względem szkoleniowym, jak i taktycznym. Prowadzę dużo rozmów z naszymi piłkarzami, staram się podchodzić do graczy indywidualnie, jak i całościowo. Denerwują mnie pewne rzeczy związane z organizacją, którymi się czasami muszę zajmować. Chodzi o bazę, treningi i inne sprawy. Może to przez to, że byłem przez wiele lat nauczony pracy na nieco innym poziomie. Będę dążył jednak do tego, żeby to było wszystko bardziej profesjonalne, bo z pewnymi sprawami jest za dużo zabawy. Praca trenera, to na pewno fajna praca, ale grałem wiele lat w piłkę nożną na różnym poziomie, od ekstraklasy, przez pierwszą ligę, po czwartą i granie w piłkę jest przyjemniejsze, a jeszcze jak to się wykonuje zawodowo, to już jest najpiękniejsza praca na świecie.

I to dlatego nie chce się pan rozstać z boiskiem? Skończył pan niedawno 40 lat? Wielu uznaje to jako taką barierę, moment kiedy trzeba powiedzieć pas…

Powiedziałem sobie, że skończę z graniem, jeśli będę odstawał, nie będę dawał rady młodszym od siebie i przestanę się nadawać na pewien poziom. Na pewno z czasem będę chciał grać mniej, ale dopóki mogę swoim doświadczeniem pomóc drużynie, to będę chciał być bliżej zawodników i wspierać ich z boiska. Muszę jednak też koncentrować się na zadaniach trenera, a trudno jest łączyć te dwie role. Z boku widzi się więcej i ja o tym wiem. Chcę jednak, żeby to przejście z roli piłkarza do roli trenera przebiegło u mnie płynne.

Wytknąłem panu wiek, ale pana zmiennik w ostatnim meczu jest jeszcze starszy… Mówię o „niezatapialnym” Macieju Saramaku…

Śmialiśmy się, że to była zmiana „młodzieżowców”. Maciej cały czas wygląda świetnie. Od dziecka jest związany z JKS-em i trzeba takich jak on szanować i pielęgnować. Wyglądem w treningu nie ustępuje, piłkarsko nie odbiega od reszty zespołu, choć „fizykę” pewnie będzie mu coraz trudniej oszukać. Pewnie nadejdzie czas, że przyjdzie i powie dość, ale to jeszcze nie teraz.

Jak z perspektywy gry w ekstraklasie, 1 lidze, czy potem w 4 lidze małopolskiej ocenia pan poziom 4 ligi podkarpackiej?

Nie ma co porównywać poziomu 4 ligi do ekstraklasy. Niestety są duże różnice, ale przede wszystkim jeśli chodzi o organizację. To trener w ekstraklasie ustala kiedy i jak długi będzie trening. Na poziomie amatorskim trzeba brać pod uwagę ile osób o danej godzinie może na ten trening przyjść. Czy ktoś nie będzie, bo akurat ma pracę czy szkołę, czy się spóźni. Taka jest amatorska piłka, ale zauważam tu potencjał, jeśli chodzi o ludzi. Ci chłopcy, nawet jak pracują czy się uczą, chcą być na każdym treningu czy sparingu, nie trzeba ich do tego zachęcać. Chcą trenować, ćwiczyć, uczuć się i rozwijać. Jak dojdziemy poziomem organizacyjnym do tego poziomu, to postęp będzie duży. Ja i tak zauważam postęp u nas w klubie w porównaniu do tego, co było przed rokiem, kiedy problemem były najprostsze sprawy, jak jednakowe dresy, odpowiednia liczba piłek czy boisko do treningu. Nawet na poziomie amatorskim tak nie powinno być, że zawodnicy jadą na mecz w różnych dresach. W JKS-ie się udało to poprawić i teraz wyglądamy, jak należy. Dla kogoś to może bez znaczenia, ale mnie takie rzeczy drażnią. Nie umiem zrozumieć też tego, skąd tak duża liczba graczy zagranicznych w 4 lidze? To, co jest w niektórych klubach, jest dla mnie zwyczajnie smutne. Nie wiem, z czego się to bierze, że wolimy płacić obcokrajowcom niż szukać uzdolnionych chłopaków po okolicznych wioskach. Zrozumiałbym, gdyby taki obcokrajowiec znacząco podnosił poziom, był zawodnikiem, który ciągnie zespół, a młodzi się od niego uczą. Z tego co widzę, to w naszej lidze tak nie jest i to jest przykre. Nikt mnie nie przekona, że ściąganie przeciętnego obcokrajowca do grania w 4 lidze ma sens. To chyba bierze się z niecierpliwości działaczy, którzy chcą wyniku już teraz. A tu trzeba dać trenerowi pracę i czas, żeby mógł wyszkolić piłkarza. Przykładem, że warto szukać w okolicy piłkarzy, jest chłopak, który z Wólczanką strzelił dla nas dwie bramki. Piotrek Pindak, który niedawno biegał w okręgówce. Zamiast takich wolimy ściągnąć piłkarza zza granicy. Obserwuję i widzę, że poziom tej piłki idzie w górę, dąży to do profesjonalizmu, tak jak ma to miejsce w Karpatach, gdzie piłkarze nie pracują, tylko zajmują się piłką, a trener ma ich do dyspozycji praktycznie o każdej porze. Niestety nie wszędzie tak jest, a wiele rzeczy robionych jest nie tak, jak powinno. Wracając do poziomu 4 ligi podkarpackiej, to uważam, że jest lekko mocniejsza niż 4 liga małopolska, w której grałem.

Zjechał pan kawał polski grając w piłkę. Od Krakowa przez Chorzów, Bełchatów po Nowy Sącz. Co sprawiło, że Grzegorza Barana znów widzimy w Jarosławiu?

Na początku też myślałem, że zostanę w moim ostatnim klubie w ekstraklasie, czyli w Nowym Sączu. Wcześniej był pomysł zakotwiczenia w Bełchatowie, ale wszystko potoczyło się inaczej. Coś było w głowie, potem coś się zmieniło, był nowy klub, czasem za mocno wchodziła w to wszystko polityka. Zastanawiałem się, co będę robił po zakończeniu kariery. Wydawało się, że jak skończę z graniem, to skończą się te przeprowadzki z miasta do miasta, ale postanowiłem, że zajmę się trenerką, a wiadomo jak w tym zawodzie jest. Dziś jesteś tu, a jutro tam. Żona uznała, że skoro ma tak być, to ona woli wrócić bliżej rodziny, bo nawet jak będę musiał wyjechać, to ona będzie mieć kogoś bliskiego obok. Oboje pochodzimy z Jarosławia, więc wybór był oczywisty. Ja jestem zadowolony, bo czuję się tu dobrze. W Jarosławiu się wychowałem, uczyłem, tu zaczynałem grać w piłkę.

Który z trenerów spotkanych w trakcie kariery wywarł na panu największe wrażenie i z jego warsztatu czerpie pan najwięcej?

Miałem to szczęście, że trafiałem na bardzo dobrych trenerów w swojej karierze. Nie mam jednego trenera, na którym się wzoruję w pełni. Z każdego coś staram się po trochu wyciągać. Byli to różni trenerzy, jeden miał super podejście do człowieka, drugi potrafił znakomicie zarządzać drużyną w trakcie meczu, inny umiał przygotować zespół do całego sezonu. Już na początku swojej kariery miałem przyjemność pracy z trener Wojciechem Stawowym czy z Adamem Nawałką, którzy potem byli na najwyższym poziomie. Pracowałem z trenerami, którzy prowadzili kadrę jak Waldemar Fornalik, Paweł Janasem, bardzo ceniłem Duszana Radolskiego, mnóstwo było tych trenerów, trener Mroczkowski, Kafarski. Każdy miał coś szczególnego i od każdego nauczyłem się czegoś dobrego. Nie każdy piłkarz miał takie szczęście. Dziś pojechać na tydzień na staż do znanego trenera, to nie to samo. To trzeba być dłuższy czas w szatni, kiedy jest dobrze i kiedy jest kryzys, kiedy drużyna przegrywa i robi się gorąco. Co wtedy robić? Ja miałem okazję patrzeć na to przez kilkanaście lat.

Utrzymuje pan kontakt z kolegami, z którymi grał pan w ekstraklasie? Czy ma pan kogoś, z kim się pan zaprzyjaźnił na tyle, że dziś spotykacie się rodzinnie?

Myślę, że zaangażowałem w pracę trenera teraz tak mocno, że nie mam czasu, żeby jeździć na mecze po całej Polsce. Z ludźmi utrzymuję kontakt. Czasem się zadzwoni, o coś spyta, pogada. Część z tych chłopaków jeszcze gra w piłkę. Ci, z którymi grałem, to kontakt mam. Są też tacy, z którymi spotykamy się całymi rodzinami.

A na lokalne boiska lubi pan zaglądnąć?

Jak czas pozwoli to tak. Często jestem na 3 lidze w Sieniawie u brata Arka. Zaglądam też na ligę okręgową. Uważam, że warto się wybrać czasem nawet na mecze klasy A. W niższych ligach można wypatrzyć kogoś takiego, jak nasz Piotrek Pindak. Strzelił w ostatnim meczu dwa gole, a jeszcze niedawno był w niższych ligach. Znajomy trener Mikłasz powiedział, że jest fajny chłopak i zapytał, czy nie chcemy go zobaczyć. Opłaciło się.