Jak na piłkarską scenę w Polsce wpłynie tzw. afera Grenia?

Ostatnie dwa tygodnie – przynajmniej w niektórych mediach – zostały zdominowane przez tak zwaną aferę biletową. W miniony piątek doszło do pierwszych rozliczeń podczas obrad nadzwyczajnego posiedzenia zarządu PZPN, a do końca kwietnia sprawa powinna znaleźć finał przed związkową Komisją Dyscyplinarną. Tyle, że na wyjaśnieniach i rozliczeniach się nie skończy.

1

Co z tym Kazimierzem Greniem?

Echa konferencji Grenia: Tłumaczył się, atakował i rzucał oskarżenia.

Obserwatorzy krajowej sceny futbolowej nie mają wątpliwości, że reperkusje będą bardziej daleko idące. I nie tylko w jeszcze większym niż dotychczas stopniu spolaryzują środowisko, ale także wyznaczą – a w zasadzie już wyznaczyły – początek kampanii prezesa Zbigniewa Bońka, której stawką będzie reelekcja na drugą kadencję.

Dla przypomnienia: szef Podkarpackiego ZPN Kazimierz Greń został zatrzymany w Dublinie przed meczem Irlandia – Polska i oskarżony o nielegalny handel biletami na to spotkanie. Noc spędził w areszcie, następnego dnia trafił przed sąd, gdzie jednak nie dostał żadnego wyroku, nawet kary grzywny. „Przegląd Sportowy” dotarł do reportera dziennika „Irish Examiner”, który był obecny na rozprawie i potwierdził, że działacz z Rzeszowa miał przed ogłoszeniem werdyktu przyznać się do winy. Z kolei PZPN „podjął szereg działań polegających na bezpośrednim i pośrednim kontakcie z sądem w Dublinie, irlandzką policją i federacją piłkarską oraz Ambasadą RP w Irlandii” – jak poinformowano w komunikacie Komisji Dyscyplinarnej, dzięki którym udało się dotrzeć do notatek funkcjonariuszy obecnych na miejscu zdarzenia.

Czy ktoś uwierzył Greniowi?

Zgromadzone dowody, poparte zeznaniami świadków, których personaliów jednak nie ujawniono, wyglądają na przesądzające. Problem jednak w tym, że oskarżony nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że nie tylko nie przypomina sobie, aby uczestniczył w dialogu z sędzią w Dublinie, ale stara się także podważać zeznania osób, które miały kupić od niego bilety. Ujawnił, że Podkarpacki ZPN nie miał w swojej puli wejściówek po 70 euro (na co powoływali się świadkowie), i poprosił o sprawdzenie bilingów, skoro nabywcy przed transakcją mieli do niego dzwonić. Słowem: mnoży wątpliwości i idzie w zaparte. Jest na tyle zdeterminowany, że jest gotów po wyczerpaniu ścieżki odwoławczej w PZPN szukać sprawiedliwości w sądzie powszechnym. Gdzie – jeśli nie dopuści do tego wcześniej Komisja Dyscyplinarna lub w drugiej instancji Najwyższa Komisja Odwoławcza – będzie domagał się konfrontacji ze świadkami medialnych oskarżeń oraz poprosi o zeznania pod przysięgą ludzi, którzy mają potwierdzić jego wersję. Przede wszystkim biznesmena Pawła Siarkiewicza, dla którego znajomych (i podobno na jego prośbę, jak utrzymuje oskarżony) miał mieć 12 biletów, które zabezpieczono podczas zatrzymania.

Greń jaki jest (ale też był i będzie), każdy widzi. A jeśli ktoś nie wiedział, to wystarczyło, aby obejrzał ubiegłotygodniową konferencję prasową, którą zwołał. To właśnie podczas niej rzucił kilka wątpliwości na ustalenia „PS” i PZPN, ale trzeba je było wyławiać z chaotycznego ciągu wypowiedzi. Z jednej strony zarzucał prowokację pracownikom Departamentu Organizacji Imprez, Bezpieczeństwa i Infrastruktury, a z drugiej – atakował prezesa piłkarskiej federacji, że to on, czyli Boniek, a nie Greń, ma wiele więcej za uszami w kwestii łamania prawa. Zwłaszcza na kierunku bukmacherskim. Podczas prezentacji w stołecznym hotelu Ibis, nieprzypadkowo znajdującym się nieopodal siedziby PZPN, nie obyło się bez elementów folkloru, ludyczności, nieścisłości, językowych wpadek, kreowania spiskowych teorii, a nawet demonstracji… garderoby i skierowań do okulisty. Słowem – więcej wyrządził sobie szkody, niż miał z tej konferencji pożytku jej organizator. Wizerunku z pewnością nie poprawił, przekonanych o jego winie – których po zmasowanych atakach medialnych na Grenia z tygodnia przedświątecznego, przeprowadzonych niczym dywanowe naloty, jest znakomita większość – bez wątpienia nie odwiódł od wcześniej powziętej opinii.

Czy to oznacza, że w PZPN jest już skończony? Taki wyrok wydali już dziennikarze z pro-Bońkowych mediów, którzy w tygodniu poprzedzającym Wielkanoc zgrillowali nie tylko Grenia, ale także – głównie w mediach społecznościowych, choć nie tylko – neutralnego dziennikarza Dariusza Tuzimka. Za to, że w felietonie na portalu Onet trafnie podsumował nie tylko działania podkarpackiego tak zwanego barona, ale przede wszystkim – związkowej machiny medialnej, która w sprawie incydentu z Dublina została wprawiona w ruch z niebywałym – i nieadekwatnym do popełnionego czynu (nie tylko zdaniem tego autora) – natężeniem. Tyle że niezależnie od tego, jaka jest skala wykroczenia Grenia w Dublinie (którą trzeba udokumentować procesowo, a nie tylko medialnie) – temu (i każdemu innemu) działaczowi federacja powinna zagwarantować uczciwy proces. Zwłaszcza w sytuacji, gdy obwiniony o nieetyczne praktyki w Dublinie szef piłkarskiego Podkarpacia nieprzypadkowo utożsamiany był z wewnątrzzwiązkową opozycją. Bo właśnie na tym powinna polegać demokracja.

Środowisko murem podzielone

Skąd w tekście o aferze z udziałem działacza i werdykcie PZPN w jego sprawie (Greń nie ma wątpliwości, iż wszystko zmierza do wydalenia go ze struktur związku) wtręty o mediach i opozycjonistach? Otóż – są nieprzypadkowe. Tak jak nieprzypadkowo na wpadkę w Dublinie zachłannie rzuciły się jedynie niektóre tytuły, tak samo w wyrachowany sposób ekipa rządząca w PZPN zamieściła noworoczne życzenia – w formie reklam – jedynie w wybranych gazetach. Później prezes Boniek tłumaczył na Twitterze, że brano pod uwagę jedynie dzienniki. To oczywiście leży wyłącznie w gestii PZPN, gdzie chce się promować, tyle że na przykład „Rzeczpospolita” (też przecież dziennik), która jest raczej krytyczna w ocenie obecnych władz federacji, już w podobny sposób uhonorowana nie została. A jeśli prawdą jest, że na wykup powierzchni w czterech tytułach codziennych wydano kwoty liczone nie w dziesiątkach, lecz w setkach tysięcy złotych – a tak upierają się ci, którzy mieli widzieć rachunki – to nawet trudno się dziwić, że w dzisiejszych trudnych dla mediów czasach redaktorzy naczelni wolą do tak hojnych reklamodawców podchodzić ostrożnie. I co najmniej neutralnie. Taka jest po prostu komercyjna rzeczywistość, a ministerstwo propagandy PZPN potrafi działać, nie tylko zresztą w tym względzie, wzorcowo. Czego, i to stwierdzenie bez ironii, nie sposób nie dostrzec. A nawet nie docenić.

Jak wynika z ostatnich publikacji, ewidentną wpadkę członka opozycji Boniek postanowił wykorzystać do zapoczątkowania kampanii, która ma zapewnić mu reelekcję. Co prawda w weekendowym wydaniu „PS” udzielił jeszcze wywiadu, że decyzję o powtórnym kandydowaniu podejmie dopiero za osiem miesięcy, ale to tylko kokieteria. Prezes Zibi zachowuje się – na pozór – w całej tej wielkanocnej szopce nienagannie. Nie tylko deklaruje publicznie, że trzyma kciuki za to, aby Greń oczyścił się z zarzutów, ale i wysłał działaczowi z Rzeszowa życzenia świąteczne. Słowem: jest zdystansowany wobec całej sprawy, jak na głównego menedżera korporacji z najwyższej ligi biznesu przystało. Sprawa rozgrywki z niewygodnym działaczem, który się podłożył, spadła na innych. W tym między innymi na posła Jana Tomaszewskiego, który zwrócił się do prokuratury o zbadanie polskiego (czytaj: pesele ludzi, na których wystawione zostały bilety) wątku incydentu. Tyle że nikt nie ma wątpliwości, kto podyktuje wysokość kary, którą ostatecznie ogłosi Komisja Dyscyplinarna.

Publicznie Boniek ograniczył się dotąd tylko do wyrażenia zadowolenia – bodaj trzykrotnie wraca do tego wątku w ostatnim wywiadzie (czy nie za często?) – że opozycję tworzą ludzie pokroju Ryszarda Niemca, Edwarda Potoka i Witolda Dawidowskiego. Znów nie ma w tym przypadku, bo akurat wspomniany tercet publicznie nie waha się stawać w obronie działacza z Podkarpacia. Co oznacza, że tzw. grupa z Uniejowa, która doliczyła się 44 szabel podczas nieformalnego konwentu w tej miejscowości, stanie – pewnie nawet na czerwcowym walnym zgromadzeniu – za odstrzelonym już przez media przychylne prezesowi PZPN (i totalnie już utrąconym w ich mniemaniu) Greniem. Zapewne dojdzie do eskalacji sporu, który dotąd był toczony w kuluarach, a być może nawet przerodzi się on w otwarty konflikt na czerwcowym zjeździe sprawozdawczym. Zatem Boniek – jak na szczwanego lisa przystało – kuje żelazo póki gorące i stara się od tego towarzystwa jak najmocniej zdystansować. Od udziału Grenia we własnej zwycięskiej kampanii też już zresztą zdążył sprytnie się odciąć. Nic tylko czekać, aż wróci – nośny w kampanii – podział na środowiskowy beton i tak zwanych reformatorów…
Adam Godlewski