wywiad

Poniższy wywiad autorstwa Pawła Bukały ukazał się w magazynie Strefa Biznesu numer 20 marzec 2014

SPORT
Podkarpacie na sportowej mapie
jest coraz lepiej postrzegane.

wywiad

Wywiad z Członkiem Zarządu Polskiego Związku Piłki Noż­nej i zarazem Preze­sem Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej – Kazimierzem Greniem

PAWEŁ BUKAŁA: Jakie to uczucie, kiedy człowiek z Podkarpacia zostaje (praktycznie po raz pierwszy w histo­rii) obdarzony tak wielkim kredytem zaufania przez centralę Związku?

Kazimierz Greń: Jest to dla mnie z jednej strony wielkie wyróżnienie, ale zarazem także spory obowiązek. 11 grudnia 2004 roku miałem zaszczyt prowadzić zjazd Pol­skiego Związku Piłki Nożnej. Ta funkcja nigdy dotąd nie przypadła nikomu z Pod­karpacia.

Z grona 65 osób kandydujących wówczas do liczącego 35 miejsc gremium uzyskałem 3 wynik w kraju. Dokładnie 107 głosów. Sporo tych liczb, ale dla porównania – wiel­ki mój przyjaciel Andrzej Strejlau, czy też nieżyjący już Władysław Stachurski, także selekcjoner reprezentacji Polski w latach 95-96 otrzymali kolejno 48 i 47 głosów. Później był jeszcze 2008 rok i pierwszy wy­nik w kraju, teraz kandydowałem do za­rządu Polskiego Związku Piłki Nożnej na trzecią swoją kadencję i znów uzyskałem szósty wynik.

 

Poniższy wywiad autorstwa Pawła Bukały ukazał się w magazynie Strefa Biznesu numer 20 marzec 2014

SPORT
Podkarpacie na sportowej mapie
jest coraz lepiej postrzegane.

wywiad

Wywiad z Członkiem Zarządu Polskiego Związku Piłki Noż­nej i zarazem Preze­sem Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej – Kazimierzem Greniem

PAWEŁ BUKAŁA: Jakie to uczucie, kiedy człowiek z Podkarpacia zostaje (praktycznie po raz pierwszy w histo­rii) obdarzony tak wielkim kredytem zaufania przez centralę Związku?

Kazimierz Greń: Jest to dla mnie z jednej strony wielkie wyróżnienie, ale zarazem także spory obowiązek. 11 grudnia 2004 roku miałem zaszczyt prowadzić zjazd Pol­skiego Związku Piłki Nożnej. Ta funkcja nigdy dotąd nie przypadła nikomu z Pod­karpacia.

Z grona 65 osób kandydujących wówczas do liczącego 35 miejsc gremium uzyskałem 3 wynik w kraju. Dokładnie 107 głosów. Sporo tych liczb, ale dla porównania – wiel­ki mój przyjaciel Andrzej Strejlau, czy też nieżyjący już Władysław Stachurski, także selekcjoner reprezentacji Polski w latach 95-96 otrzymali kolejno 48 i 47 głosów. Później był jeszcze 2008 rok i pierwszy wy­nik w kraju, teraz kandydowałem do za­rządu Polskiego Związku Piłki Nożnej na trzecią swoją kadencję i znów uzyskałem szósty wynik.

PB: Widać, że zaufanie do Pańskiej osoby, pomimo upływu lat nie słab­nie.

KG: To cieszy. Wszystkich którzy obdarzy­li mnie zaufaniem staram się nie zawodzić. Na moich barkach spoczęła obecnie ko­misja Futsalu oraz Piłki Plażowej. Oprócz tego jestem także w komisji finansowej. Nie zwalnia mnie to jednak z obowiązku bycia Prezesem Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej. Można by rzec – w Warsza­wie się bywa, natomiast na Podkarpaciu się żyje i mieszka. Nie zawaham się przyznać, że Podkarpacki Związek jest moją ostoją i o nim po prostu nie mogę zapomnieć.

PB: Jak połączyć obie funkcje? Za­równo w stolicy jak i na Podkarpaciu trzeba być aktywnym, widocznym i skutecznym.

KG: Owszem. Nie można jedynie figuro­wać dla zasady. Uzyskałem zgodę kolegów z zarządu na to by przez dwa dni pełnić swoje obowiązki w Warszawie. Soboty i niedziele wbrew pozorom także nie są dla mnie wolne od pracy. Są mecze ligowe w różnych klasach rozgrywkowych które należy kontrolować, jubileusze klubów, spotkania z prezesami i zarządami. Prze­rwy zimowe poświęcone są na futsal. Wy­jazdy do Gliwic, Katowic – to także zakres mojej aktywności.

PB: Nie tak dawno stał się Pan spraw­cą wielkiego przewrotu w Polskim Związku Piłki Nożnej.

KG:  Jeden  z  dziennikarzy powiedział

0 mnie że jestem człowiekiem, który skru­szył PZPN-owski „beton”. Przyznaje, miło było to usłyszeć jednak teraz trzeba nadal robić swoje. Czasem nawet kosztem domu

1 rodziny. Kiedy jest taka potrzeba to nie można narzekać. Niektórzy zauważają wkład pracy, wysiłek i wyrzeczenia nato­miast inni… narzekają lub „wykrzykują” nie do końca przemyślane slogany. Co cie­kawe, najgłośniej czynią to ci którzy nie tak dawno byli w Związku i mieli możliwości zrobienia czegoś pozytywnego. Teraz zwą się opozycją, choć tak na dobrą sprawę po

prostu zostali od pewnych funkcji i stano­wisk odsunięci.

PB: Na co dzień styka się Pan z no­wym obliczem PZPN-u. Jakie zmiany można więc w nim zauważyć w sto­sunku do lat minionych.

KG: Różnic jest wiele. Zasadnicza, to osoba samego Prezesa Zbigniewa Bońka. Spoty­kamy się, rozmawiamy, wymieniamy uwa­gi. Wszystko czynione jest inteligentnie i w kulturalnej atmosferze. Wiadomo -każdy ma wady i zalety. Ja także nie jestem człowiekiem idealnym. Jednak wracając do tematu zmian.

Zwolniliśmy kluby I ligi z opłat sędziow­skich. W 50 proc. z tego obowiązku zwol­niliśmy kluby II ligi, wliczając w to obser­watorów. Wiadomo, że wkrótce będzie to całkowite zwolnienie, gdyż ten szczebel rozgrywek zostanie scentralizowany. Zor­ganizowaliśmy Ligę Centralną Juniorów w której każdy klub otrzymuje pieniądze na wyjazdy. Przykładowo – mistrz Pod­karpacia nie gra już jedynie ze Stalą Mie­lec, Resovią czy Karpatami Krosno. Mecze z Wisłą Kraków czy Koroną Kielce są zna­komitym przygotowaniem tych młodych 18, 19 letnich zawodników do gry na wyż­szym poziomie niż wojewódzki. Aktualnie pozostaną 2 ligi – wschodnia i zachodnia. Zredukowaliśmy opłaty dla klubów I ligi Futsalu. Powstało 13 lig II ligi. Na Podkarpaciu pozyskaliśmy sponsora który ufundował markowy sprzęt piłkarski, równowartość 4,5 tysiąca złotych. Skorzystały na tym,  na mocy umowy ze sponsorem, wszystkie czwarto ligowe kluby podkarpackie. Jak łatwo policzyć, do klubów w ciągu dwóch lat trafi sprzęt za blisko 120 tys. złotych. Odciąża­my kluby dzięki moim propozycjom zaak­ceptowanym przez zarząd. Zmienił się także diametralnie poziom sę­dziowania meczów piłkarskich. Nie tak dawno mieliśmy jeszcze 60 obserwatorów, których dziś już nie ma. Wychodzę z zało­żenia że może ich być 10, byle sumiennie wywiązywali się ze swoich obowiązków. Na spotkaniach z klubami sportowymi sły­szę pozytywne opinie dotyczące pracy ar­bitrów, ale to nie znaczy że nie może być jeszcze lepiej. Nastały czasy gdy nie mają oni już zewnętrznego, sztucznego „naci­sku” żeby dany mecz „przekręcać lub usta­wiać”. Wiadomo, jeżeli znajdzie się jeszcze jakaś czarna owca – natychmiast zostanie usunięta z grona sędziowskiego.

PB: Taka forma nadzoru nie wszyst­kim zapewne przypadła do gustu, wszak obrazki z filmu „Piłkarski po­ker” (choć to komedia) przewijały się nie raz w futbolowej rzeczywistości…

KG: Owszem. I dlatego Greń jest dla wielu niewygodny. Będą pisać do prokuratury, na policję. gdzie tylko mogą aby w jakimś stopniu zaszkodzić. Ja, podobnie jak kluby chcę płacić jedynie za rzetelną pracę. Co więcej, nie mam sobie nic do zarzucenia, gdyż nigdy nie uczestniczyłem w jakichś „ciemnych” procederach. Mam świado­mość że kiedyś w ramach „przekręcania” spotkań na różnym szczeblu – dowożono kury, jaja, szynki i balerony w zależności od tego w jakich okolicach grała dana „za­interesowana” drużyna. Aktualnie to już historia.

PB: Czy można więc powiedzieć, że na Podkarpaciu ciężko o przychyl­ność i wsparcie?

KG: Gdy zdecydowałem się kandydować po raz trzeci na lata 2012 – 2016 zetknąłem się z dwoma epizodami. Bardzo pozytyw­nym, kiedy na ponad 700 klubów poparło mnie 90% z nich. Najdziwniejsze natomiast jest to, że mój kontrkandydat obecny na sali w dniu głosowania i wyboru delegata utrzymywał że zjazd jest nielegalny choć sam kandydował. Po przegranej zaskarżył jego przebieg. Ja ze swojej strony popro­siłem o tajne głosowanie, co więcej zapro­ponowałem aby Pan Benedykt Czajkowski osobiście liczył głosy.

Wynik? 126:10. Karty były ostemplowa­ne i każdy za kotarą mógł zagłosować jak chciał.

PB: O tym, że Kazimierz Greń potrafi zaskakiwać – wiemy. Wydanie krążka wraz z Mieczysławem Golbą pod ty­tułem „Pozytywni” było czymś wielce nietypowym.

KG: Kiedyś bawiłem się śpiewaniem. W 2009 drogą luźnego wyboru wyselek­cjonowałem utwory w których wokalnie dobrze się czuję. Ponad 3 miesiące pra­cy w studiu nagrań, rzecz jasna wszystko opłacone z mojej kieszeni. Do projektu na­mówiłem posła Golbę. Początkowa nazwa brzmiała G7, czyli Greń, Golba i zespół ro­dzinny Grochowie.

Moja żona przez kilka miesięcy zastana­wiała się gdzie znikam między godzinami 18 a 24. Wszystko wyjaśniło się w swoim czasie.

Debiut płyty miał miejsce podczas Gali Pił­karskiej ponad 3 lata temu. Nikt się tego nie spodziewał. Konsternacja była jeszcze większa gdy pojawił się zespół i oznajmił zgromadzonym że ich nominalny woka­lista jest chory a w jego miejsce wkrótce dołączy do nas (gdyż obecnie jedzie przez Rzeszów) Grzegorz Markowski. Ja, wystylizowany na muzyka rockowego -już przygotowany, potężna trema, 250 osób na sali, wygaszone światła. Co więcej pierwszy utwór jaki miałem za­śpiewać był jedynie z akompaniamentem fortepianu. Margines błędu, czy też fałszo­wania – zerowy!. Była konsternacja, jednak potem rozległy się brawa. Oczywiście każ­dy kto chciał otrzymał od nas krążek, nato­miast płyta nie trafiła do dystrybucji. Wiem co by się działo gdyby było inaczej – jaka lawina przetoczyła by się po mojej osobie.

Po roku poszliśmy za ciosem. Z pomocą zespołów RSC oraz Piersi – nagrałem pły­tę autorską. Także po 3 miesiącach zosta­ła wydana w Olsztynie. Być może kiedyś przyjdzie pora na kolejną. Ale na to po­trzebny będzie czas. Na razie pozostały mi kapitalne wspomnienia.

PB: Wygląda więc na to, że na każdym kroku musi Pan zachowywać czuj­ność.

KG: Tego nauczyło mnie już życie. Każde słowo musi być ważone i analizowane. Bez względu na to, czy spotkanie lub konferen­cja odbywa się o godzinie 12, czy też po ca­łym dniu – o 19!. Zastępy krytyków były, są i będą. Jednak ja cenie sobie (jeśli już) kry­tykę konstruktywną. Taką która da mi do myślenia i pozwoli zmienić coś na lepsze. Jeśli jednak ktoś stara się tylko i wyłącznie obrazić lub atakować mnie, moją rodzinę dla samej zasady uznaję to za chwyt po­niżej pasa.

Wiem że z natury jesteśmy „mistrzami świata” w krytykowaniu, ale czasem ciężko się z tym pogodzić. Pozostaje nadal robić swoje.

Jeden z dziennikarzy po­wiedział o mnie że jestem człowiekiem, który skruszył PZPN-owski „beton”. Przy­znaje, miło było to usłyszeć jednak teraz trzeba nadal robić swoje.