Kazimierz Greń dla „PS”:

0
34

Kazimierz Greń: Lato to król strzelców, człowiek z Podkarpacia, nazwisko, wydawało się znakomita osoba. Mówił, że jeśli wygra, nie będzie Kręciny, Sportfive, układów, że wprowadzimy nowych ludzi, że będą zmiany. Podpisał się pod programem, który dla niego przygotowaliśmy.

Podczas wyborów wyglądał tak, jakby pierwszy raz widział ten program na oczy.

Kazimierz Greń: Tak, ma problemy z wystąpieniami publicznymi. Przewidziano dziesięć minut przemówienia, dlatego chciałem, żeby przez sześć puszczano fragmenty jego najlepszych meczów. Wiedziałem, że ma problemy z płynnym czytaniem. Dostał gotowy tekst do ręki dwa tygodnie wcześniej, mógł się przygotować. 

Pamięta pan, co mówił Jacek Gmoch?

Kazimierz Greń: Tak, doskonale: „Lato prezesem? Przecież trzeba umieć czytać i pisać”.

Pan się oburzał.

Kazimierz Greń: Może się nie oburzałem, ale myślałem, że inaczej będzie to wyglądać. 

Patrzył pan na Latę i widział, że to człowiek, który zna języki, umie zarządzać?

Kazimierz Greń: Było sześciu kandydatów i Lato był najsłabszy. Ludzie z Podkarpacia mówili, że się nie nadaje. Musiałem własnych delegatów przekonywać!

 Mówi pan często, że jest mistrzem świata.

Kazimierz Greń: Zgadza się, bo z najsłabszego kandydata zrobiłem prezesa.

Chwały to mistrzostwo nie przynosi.

Kazimierz Greń: Wstydzę się dziś tego, ale zostałem oszukany. Po wygranych wyborach chciałem być w jego sztabie.

Bo Latą da się manipulować?

Kazimierz Greń: Pamiętam, jak dzień przed zjazdem mówiłem: „Grzegorz, udowodnij, że nie będziesz marionetką, że zrobisz zmiany, że dasz profesjonalistom zielone światło do działania”. Podpisał się pod tym.

Na co pan liczył? Na jakie stanowisko?

Kazimierz Greń: Zadania były podzielone: Lato prezesem, ja wykonuję czarną robotę.

Szara eminencja?

Kazimierz Greń: Człowiek z cienia, nielubiany.

Chciał być pan sekretarzem generalnym?

Kazimierz Greń: Nie, przecież wiedziałem, że skoro jestem szefem Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej, nikt się nie zgodzi, bym zajmował drugie wysokie stanowisko.

Dyrektorem reprezentacji?

Kazimierz Greń: Tak, mogłem pełnić tę funkcję. Nie chciałem zajmować się marketingiem, tylko pilnowaniem interesu.

Boniek pękał ze śmiechu, gdy to usłyszał.

Kazimierz Greń: Tak, a wie pan, że zadzwonił do mnie dwa tygodnie po tym występie w Polsacie i powiedział: „Proszę, nie wyłączaj się”. Przeprosił, że głupio wyszło. Mówię mu, że łatkę można każdemu przypiąć. „Zbysiu, ty też byłeś trzy dni selekcjonerem. Przeszedłeś przez szatnię, stadion i wyszedłeś” – tak mu powiedziałem.

Spotkaliście się ostatnio.

Kazimierz Greń: Tak, we Wrocławiu. Poprosiłem go o bilety, bo jako prezes Podkarpackiego ZPN żadnego dla naszego związku nie dostałem.

Trudno uwierzyć, że spotkaliście się tylko z powodu biletów.

Kazimierz Greń: Pewnie i tak. Spotkaliśmy się, rozmawialiśmy. Mateusz Borek był na tym spotkaniu i mówi mi: „Dobrze, że jesteś we Wrocławiu, powinieneś już tu w areszcie siedzieć. Bo Latę prezesem zrobiłeś”.

 

Pan chce być prezesem?

Kazimierz Greń: Nie zamierzam kandydować. Wiem jedno: w PZPN trzeba rewolucji, nie ewolucji. Pamiętam, jak kiedyś Grzesiek Lato na jednym ze spotkań mówi, że w PZPN potrzebny jest spokój, ewolucja. Pytam go potem: „Grzesiu, a co to jest ta ewolucja?”. Odpowiedział: „Jeszcze nie wiem, ale później ci powiem”. Czy kogoś wesprę w wyborach? Pewnie tak.

Gdyby przyszedł Michał Listkiewicz i poprosił, by pomógł mu pan w kampanii?

Kazimierz Greń: To człowiek inteligentny, ale nie powinien nigdy kandydować. Raz już był. Żeby nie było tak jak w Rosji: był Putin, Miedwiediew i zaraz znów będzie Putin. I w PZPN miało by być podobnie? Że był Michał, potem Lato i teraz znowu Michał?

Jacek Masiota?

Kazimierz Greń: Na pewno ciekawy kandydat. Może Zbyszek Boniek? Ale do tanga trzeba dwojga.

W PZPN jedno zło zastąpi drugie? Są źli i gorsi.

Kazimierz Greń: Widzę to inaczej. Są ludzie, którzy chcą zmieniać. Jest opozycja wewnątrz zarządu, na jej czele stoi Jacek Masiota. Jest opozycja poza zarządem, ja nią kieruję. Politycy obiecują, takie mam zapewnienia, że do wyborów nowego prezesa nie będą się mieszać. Dzisiaj nie wiem, kogo poprę. Na pewno trzeba zrobić jedno: po Kręcinie odsunąć Latę. Lato się skończyło. Lato musi odejść. 

Jedzie pan Lepperem.

Kazimierz Greń: Powtarzam to, bo nie wyobrażam sobie, żeby ten człowiek reprezentował nas na EURO 2012. Widzieliśmy w Gdańsku przed meczem Polska – Niemcy. Wyszedł z Kręciną i 42 tysiące osób buczało i wyło. Taśmy pokazały, co to za ludzie.

Dostał pan zapałkę i podpalił las?

Kazimierz Greń: Powiedział, żeby opublikować jeden materiał, resztę dać prokuraturze. Puściłem mediom ten jeden, z Latą w roli głównej. Około 10. zadzwonił do mnie wiceminister sportu. Podjechało pod Sheraton kilka osób, przekazałem taśmy. Musiałem je opublikować, bo bałem się, że sprawa zostanie zamieciona pod dywan.

Kulikowski ma kolejne taśmy?

Kazimierz Greń: Mam na ten temat swoje zdanie. Proszę jego zapytać.

Pytam pana.

Kazimierz Greń: Z tego, co mi wiadomo, może mieć. Wie pan, czemu zdecydowałem się ujawnić taśmy? Bo przez dwa lata słyszałem: „Greń to wariat, oszołom, nie rozmawiajcie z nim”. Nagrania pokazały, że to ja miałem rację.

 

Lato mówi, że też panu pomógł.

Kazimierz Greń: Tak, nie mogę zaprzeczyć. Chociaż nie tyle, ile ja mu pomogłem.

Pomógł panu wtedy, gdy prokuratura zarzucała panu, że 8,5 tysiąca, które miały pójść na imprezę dla młodzieży, przeznaczył pan na bankiet dla działaczy?

Kazimierz Greń: Tak, księgowa źle opisała fakturę, ja jej nawet na oczy nie widziałem, podpisał ją wiceprezes Podkarpackiego ZPN. 11 prokuratur badało sprawę, telefon miałem na podsłuchu, CBA na karku, minister Piterę… Wszyscy święci. Sprawy umorzono, nikt mnie nie przeprosił.

Po co panu ta opozycja?

Kazimierz Greń: Bo zostałem przez Latę oszukany i chcę zmian w polskiej piłce.

Może dlatego, że czuje się pan zdradzony? Że Lato odsunął pana od stołu?

Bzdura. Nie Lato mnie odsunął od stołu, bo sam się odsunąłem. To nie on zrobił mnie członkiem zarządu, zdobyłem najwyższy wynik w głosowaniu. Po roku odszedłem. Przecież ja mam garnitur, stać mnie na hotel, samolot. Nie chciałem być maszynką do głosowania.

Lato pana zdradził?

Kazimierz Greń: Jakiś czas po wyborach dzwoni do mnie dziennikarka TVP. Mówi, że chce do mnie podjechać do hotelu na nagranie. Ja jej mówię, że jestem w Rzeszowie. Ona odpowiada: „Ale pan Lato od trzech dni jest w stolicy”.

I co w tym dziwnego?

Kazimierz Greń: Coś mnie tknęło. Studio ustawili w Rzeszowie. Powiedziałem wtedy, że jeśli Lato nie zacznie zmian, jako pierwszy stanę na barykadzie. Czułem, że coś jest nie tak.

Lato zawsze mówił, że jest człowiekiem z betonu…

Kazimierz Greń: Nie zapaliła mi się lampka. Odbierałem to tak: beton to twardy człowiek, który nie zawiera kompromisów.

I faktycznie nie zawiera.

Kazimierz Greń: Tak, bo podtrzymuje układ. Miesiąc przed wyborami jesteśmy w Płocku, dzwoni do mnie Tomek Jagodziński i mówi: „Kazek, jesteś sprzedany”. Powiedziałem mu, żeby nie żartował. On na to: „Jesteś sprzedany, z Kręciną się dogadali”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj